![]() |
|
tribute-to-bpblog MOJE inne BLOGI |
Allen Ginsberg "Warszawska kawiarnia" (10 kwietnia 1965; tłum. Andrzej Szuba) 2010-04-03 21:25:11 WARSZAWSKA KAWIARNIA / Allen Ginsberg Te widma siedzące na plastikowych stołkach Widma w skórzanych rękawiczkach przemykające Przez kawiarnię w ciągu godziny Widmowe dziewczyny z twarzami w bliznach, o cienkich Brwiach, w czarnych pończochach Widmowi chłopcy o przyczesanych blond włosach z małymi bródkami Nowe widma zatopione w rozmowie stłoczone nad lśniącymi Czarnymi stołami w to późne popołudnie Z głośnika hi - fi monotonny śpiew smutnego sopranu historii - Osiemnastowieczne mury i okna w perspektywie Nowego Światu biegnące w kierunku kolumny Zygmunta IIIZ podniesionym mieczem od trzech stuleci czuwającego Nad polską młodzieżą - O polskie widma ile wycierpiałyście odkąd Chopin łkał W swój romantyczny fortepian Gruz starych budowli, wesołe całonocne zabawy pod bombami, Pierwsze krzyki ginącego getta - Robotnicy przechodzą Przez przedwojenne ściany różowo - błękitnej sypialni Niszcząc zalane słońcem ruiny - Teraz widma zaczynają całować ręce, dziewczyny całują się W usta, rude czarodziejskie paryskie włosy I ładne złote zegarki - aby usiąść pod żółta ścianą z dużą Brązową teczką - By w wąskim czarnym krawacie wypalić trzy papierosy i kiwać Głową dyskutując o nowym filmie - Widma niech Chrystus i wasze ciała będą z wami w godzinie Waszej młodości W powojennym niebie splamionym przez pot Komunizmu, Wasze miłości i biała gładka skóra na policzkach jest Delikatna we wzajemnym spojrzeniu. O widma, jak piękne są wasze spokojne ogolone twarze, Wasze szale koloru jasnej pomadki, wasze cienkie obcasy, Jak piękne jest wasze nieobecne spojrzenie spod długich rzęs, Gdy samotnie siedzicie przy stole ze skrzyżowanymi nogami, Jak piękna wasza cierpliwa miłość, kiedy siedzicie razem I czytacie pisma poświęcone sztuce - Jak pięknie wchodzicie ze śmiechem do zatłoczonej Sali Przez drzwi zasłonięte aksamitną kotarą, Jak czekacie w kapeluszach na głowie, mierzycie wzrokiem inne Twarze, odwracacie się i znikacie na godzinę Lub rozmyślacie przy barze czekając aż niemrawa kelnerka Zaparzy wrzącą herbatę, stojąc bez ruchu Jedna minuta za drugą gdy dzwony kościelne wybijają godziny I mijają lata a wy wciąż tkwicie na Nowym Świecie, Jak pięknie ściągacie usta z westchnieniem wypuszczając dym Pocieracie ręce Lub nachylacie się ku sobie ze śmiechem na widok tego Kudłatego szaleńca, który siedzi płacząc obcy pośród was. /10 kwietnia 1965, tł.: Andrzej Szuba/ skomentuj (0) Walt Whitman: Passing stranger 2010-02-26 01:23:15 Walt Whitman (1819–1892). Leaves of Grass. 1900. To a Stranger skomentuj (0) Artur Domosławski: umysł zniszczony szaleństwem 2010-02-24 08:52:05 Przyznam się, że dopiero wczoraj zrozumiałem, ze Artur Domosławski po prostu przesadził. Dochodzę do tego wniosku z niejakim smutkiem, wszak jest on autorem uwielbianej przeze mnie i wielokrotnie wspominanej na łamach tego bloga "Gorączki latynoamerykańskiej". Zrozumiałem, ze zabrakło mu bardzo ważnej cechy: empatii. Zrozumiałem, że biografie pisarzy można i należy pisać, w sensie: nikt nikomu nie może zabronić. Sam Kapuściński wspominał w "Lapidarium", że pisanie o pisarzach to cała odrębna część współczesnej literatury. Ale Domosławski - skoro pisze i mówi o sobie jako przyjacielu/uczniu Kapuścińskiego i mówi o nim per "Rysiek" - nie powinien był pisać takiej książki. Przyjacielowi nie robi sie takich numerów. Nie wykorzystuje sie znajomości z rodziną w taki sposób. Niestety, Domosławski: 1. albo się pogubił, 2. albo zwariował ("Widziałem najlepsze umysły mojego pokolenia zniszczone szaleństwem" Ginsberga), 3. albo chodzi o zarobienie kasy na książce o swoim "mistrzu" (sic!), 4. albo wszystko razem. Może pomyślał, że tak wielki i znany jak Kapu już nie będzie, więc postanowił ogrzać się w cieple wciąż świecącej gwiazdy Kapuścińskiego (jest to dość dobrze rozpoznany mechanizm w psychologii spolecznej). Podsumowując: jest to zaskakujące dla mnie samego, ale przeszedłem w ciągu tygodnia pewną metamorfozę. Od stanowiska: "pozwólcie opublikować biografię mojego ulubionego pisarza" do "po co Domosławski rani uczucia rodziny, najwyraźniej zwariował". skomentuj (1) Jacek Podsiadło: Mimo że mamy wstać rano do pracy zamiast spać wspominamy niezwykłe zdarzenia 2009-07-03 01:02:06
Mimo że mamy wstać rano do pracy zamiast spać wspominamy niezwykłe zdarzenia
Były przepiękne.
Powoli. Sprawi, że pewnego pięknego dnia wypierdolą nas z pracy. Zabiorą nam mieszkania. Odejdą od nas żony. Będą się dziać rzeczy straszne. I znów staniemy się wolni. skomentuj (2) Ćwiczenia z pisania: recenzja "Blindsight" (jednego z filmów dokumentalnych na Planete Doc Review) 2009-05-25 17:02:59 Wyróżnienie dostałem w konkursie na recenzję, cieszę się. Teraz bym wiele w tej recenzji poprawił... nieważne. Nie oczekuj perfekcji - oczekuj postępu Szczęśliwi razem Erik Weihenmeyer, pierwszy niewidomy zdobywca Mount Everestu, otrzymuje list od Sabriye Tenberken, która prowadzi jedyną w Tybecie szkołę dla niewidzących dzieci. To pierwszy epizod w ciągu kilku zdarzeń, które sprawiają, że sześciu niewidomych małoletnich Tybetańczyków uczestniczy w wyprawie górskiej na Lhakpa Ri, niewiele niższym od Czomolungmy. Film "Blindsight" opowiada o przebiegu wyprawy, ale w większym stopniu jest to film o ludziach i wspaniałych rzeczach, jakie można osiągnąć razem. Tybetańczycy wierzą, że ślepota jest karą za złe uczynki w poprzednim wcieleniu. Rodzice wstydzą się przed innymi, że ich dzieci nie widzą i nierzadko ukrywają je przed światem. Sabriye mieszka w Lhasie, jest niewidoma i założyła Braille Without Borders. Opiekuje się grupą niewidzących nastolatków. Na wieść o tym, że Erik zdobył Mount Everest, zaprasza go na spotkanie. Postanawiają zorganizować wyprawę na himalajski siedmiotysięcznik Lhakpa Ri. Cała szóstka przechodzi najpierw cykl przygotowań, ćwicząc w dwójkach razem ze swoimi widzącymi przewodnikami i opiekunami na czas wyprawy. Po kilku tygodniach są już gotowi na wyzwanie i wyruszają. Narracja toczy się na kilku planach. Przede wszystkim, jest to opowieść o walce uczestników ze swoimi słabościami, brakiem tlenu, zmęczeniem, zimnem i wiatrem. Na drugim planie ściera się Erik i Sabriye, którzy od samego początku dyskutują o celach wyprawy. Dla niego bardzo ważne jest, żeby zdobyć szczyt. Dla Sabriye najważniejsze jest, żeby nikomu nic się nie stało. Napięcie między tymi dwoma punktami widzenia towarzyszy nam przez cały film, co nie oznacza, że grupa jest skonfliktowana. Dowiadujemy się również sporo o uczestnikach wyprawy: o ich rodzinach, warunkach życia w Tybecie i kulturze, a także o samym Eriku i jego historii. Angielski tytuł filmu, oznaczający widzenie mimo ślepoty, to określenie dla zjawiska zaobserwowanego wśród ludzi niewidomych. Pacjenci nie zdają sobie sprawy, że są w stanie zobaczyć np. błyski świetlne, odróżnić proste kształty, zidentyfikować kolory, określić, czy obiekt porusza się i w którym kierunku. Twierdzą, że zgadują - nawet przy 100% poprawnych rozpoznań. Wydaje się, że góry nie są miejscem dla niewidzących, ale uczestnicy wyprawy dają sobie radę. Okazuje się, że kiedy jest naprawdę ciężko, nie ma czym oddychać, jest zimno, pojawia się cierpienie i ból, wtedy łatwiej o porozumienie i dialog. Dochodzą na wysokość ponad sześciu tysięcy metrów. Po przeanalizowaniu stanu zdrowia dzieci i wszystkich ryzyk, podjęta zostaje wspólna decyzja, że nie będą wchodzić na szczyt. Wszystkim jest smutno, że nie uda się zdobyć góry, ale czy chodziło tylko o to? Strzałem w dziesiątkę okazuje się propozycja Erika, by ostatniego dnia przed zejściem w dół zwiedzić leżący nieopodal ogród lodowy. To sprawia wszystkim, a przede wszystkim dzieciom, ogromną radość. Ślepota przestaje być przeszkodą dla realizacji własnych planów i marzeń. Tashi, jeden z uczestników, po powrocie do Lhasy postanawia otworzyć salon masażu. Wyprawa odmienia życie uczestników i dodaje im pewności siebie. A wszystko staje się możliwe tylko i wyłącznie dzięki wspólnemu działaniu i zaangażowaniu dla dobra całej grupy. Doskonale podsumowuje to ostatnia scena w filmie, w której jeden z chłopców śpiewa przebój zespołu The Turtles Happy Together. skomentuj (2) I jeszcze: banał, klisza, slogan? 2009-05-13 12:34:28 Za dwadzieścia lat bardziej będziesz żałował tego, czego nie zrobiłeś, niż tego, co zrobiłeś. Więc odwiąż liny, opuść bezpieczną przystań. Złap w żagle pomyślne wiatry. Podróżuj. Śnij. Odkrywaj. Mark Twain (ten od plotek na temat śmierci - przedwczesnych plotek) skomentuj (2) Recenzja CONTROL (czyli ćwiczenia z pisania) 2009-05-13 12:29:40 Zmusiłem się do napisania, wpatrzony przez dłuższą chwilę w białą czystą kartkę (czyli ekran). Poza kontrolą Dla wielu osób Joy Division jest zespołem kultowym. Trudno ocenić, w jakim stopniu przyczyniła się do tego samobójcza śmierć Iana Curtisa. Control jest udaną próbą pokazania historii życia lidera grupy, a przede wszystkim – jego zmagań z chorobą. Film, zrobiony w konwencji czarno-białego, fabularyzowanego dokumentu, ma bardzo wolny nurt akcji. Ujęcia są prawie nieruchome, kamera przesuwa się powoli. Curtisa poznajemy jako wrażliwego, zaczytanego w poezji nastolatka. Któregoś dnia odwiedza go kumpel z dziewczyną. Ona ma na imię Deborah, kilka miesięcy później Curtis oświadcza się jej, biorą ślub, zamieszkują razem, decydują się na dziecko, Ian rozpoczyna pracę jako urzędnik. Na drugim planie powstaje Joy Division, w którym od początku jest autorem tekstów i wokalistą. Częste koncerty i alkohol sprawiają, że nasilają się u niego wcześniej zdiagnozowane ataki epilepsji. Coraz gorzej wywiązuje się ze swojej roli męża i ojca. Nawiązuje romans z belgijską dziennikarką Annik, nie potrafi się zdecydować na rozwód ani na powrót do rodziny. Jest w zawieszeniu, wpada w depresję, nie wie co zrobić. Ostatecznie wybiera samobójstwo… Rozczarowani mogą być ci, którzy spodziewali się biografii zespołu. Tymczasem film stara się opowiedzieć historię chorego, wrażliwego człowieka, który nie poradził sobie z własnym życiem. Nawet jeśli film Antona Corbijn’a nie odpowiada na wszystkie pytania, to na pewno czyni to lektura niełatwych tekstów utworów Joy Division. skomentuj (0) Restrukturyzacja, zwolnienia... jakies wnioski? 2009-04-02 21:09:24 W mojej firmie, w firmie obok, w bardzo wielu firmach zdarzaja sie, zwlaszcza teraz, zwolnienia. Jak zwykle, obserwuję reakcje innych, kolegów i koleżanek z pracy. W większości starsi ode mnie o ok. 10 lat, przepracowali w tym samym miejscu 7-9 lat i nie dziwię się, że się stresują. Co zrobić, żeby nie stresować się mając 45 - 50 - 55 lat? Co mogę zrobić, już teraz, żeby po pięćdziesiątce nie być skazanym na widzimisię i decyzje jakiegoś misia w korporacji... trochę mi się to nie uśmiecha, że będę popylał co rano do biura i raportował i stawał na baczność i w ogóle. Już teraz przychodzi mi to z trudem hehehe. Tak nienerwowo o tym myślę i dochodzę do wniosku, że pomysły są z grubsza dwa: 1. mieć tyle kasy, że już się nie musi pracować (ale jak?) 2. pracować na uczelni, gdzieś coś komuś wykładać etc. Ktoś ma inne? skomentuj (7) Obejrzałem właśnie Hable con ella / Porozmawiaj z nią w TVP Kultura 2009-03-30 02:02:26 No właśnie, widziałem ten film wcześniej, a mimo to czułem się jakbym oglądał pierwszy raz... Głębiej zamiast szerzej. Ta ciągła pogoń za nowością, nowymi, aktualnymi, tymi z 2009... Nie ma po co. O czym jest ten film? Hm... o wielu możliwych punktach widzenia. PS. Quiz na facebooku, mój pierwiastek to podobno metal, ulubiona pora roku - jesień. Hm... skomentuj (0) Nie rozumiem antysemityzmu w Polsce 2009-03-29 22:50:38 Oglądałem film w TVP Kultura... Dwuczęściowy dokument o Brańsku... Autor dociera do starych ludzi, którzy w czasie wojny byli szmalcownikami... Potem kilka scen w szkole w Izraelu... Kilka scen w mieszkaniach w New Jersey, gdzie mieszkają Żydzi z Brańska... Przypomniał mi się totalnie zniszczony cmentarz żydowski obok Szkoły Podstawowej Nr 6 w Kłodzku... Czy w moim rodzinnym mieście też był sztetl... W dzieciństwie chodziłem z mamą do pediatry, pana Einhorna... Szef gminy żydowskiej w Kłodzku, ale o tym wiem od niedawna... Przecież narodowość i religia nie ma znaczenia... Nie rozumiem antysemityzmu... skomentuj (1) Przemówienie Zbigniewa Religi na temat sluzby zdrowia (Sejm RP, 14.10.2008) 2009-03-11 13:03:52 Dlugie, ale warto przebrnac. Cytat za sprawozdaniami stenograficznymi. Poseł Zbigniew Religa: Panie Marszałku! Wysoka Izbo! Ja myślę, pani poseł, że trzeba mieć dużo odwagi, żeby powiedzieć, że ta strona, gdzie ja siedzę, nie jest zainteresowana naprawą systemu opieki zdrowotnej. To duża odwaga mówić do lekarza, który jest lekarzem 44 lata, a ostatnio od paru lat zajmuje się organizacją ochrony zdrowia. Nie chcę użyć słów, których pani by użyła w tym wypadku, nie będę używał tych słów. Natomiast podkreślę, że trzeba mieć dużą odwagę, żeby to powiedzieć - nieprawdę. Proszę państwa, kilka lat temu w Wielkiej Brytanii zadano obywatelom pytanie: Co uważasz za najważniejsze w XX w.? Odpowiedź była dla mnie zaskakująca, bo polegała na tym, że obywatele brytyjscy powiedzieli: Najważniejszą rzeczą dla nas było stworzenie publicznej służby zdrowia. Nie wygrane wojny, nie upadki systemów. Dla obywatela brytyjskiego najważniejsze było to, że wreszcie odszedł od medycyny prywatnej, że państwo (Oklaski) zagwarantowało mu pełną opiekę medyczną. Do tej znienawidzonej przez część osób publicznej służby zdrowia, przypominam, co tydzień wyjeżdżają anestezjolodzy, żeby dyżurować tam, w tej nędznej publicznej służbie zdrowia. Wielu Polaków chce tam dostać pracę, w tej złej, fatalnej publicznej służbie zdrowia. (Poseł Jadwiga Wiśniewska: Prawda, trzeba to zrozumieć.) A wielu, łącznie ze mną, jeździło uczyć się od Anglików i jeździ w dalszym ciągu, ponieważ nowe technologie medyczne, nieznane w Polsce, są tam, w tej nędznej publicznej służbie zdrowia. Proszę państwa, jeżeli weźmiecie pod uwagę całą Europę, a zwłaszcza Europę tę starą, piętnastkę, wszędzie dominuje medycyna publiczna. (Oklaski) Oczywiście, że jest medycyna prywatna, i w Anglii, i tam jest, tylko zasięg działania tej medycyny prywatnej jest od 10% do 20%. A więc wszędzie w Europie - podkreślam to - medycyna, pomoc medyczna oparta jest o medycynę publiczną, nie o komercjalizowaną. (Oklaski) (Głosy z sali: Właśnie.) Reforma służby zdrowia to niezwykle trudne i skomplikowane zadanie. Część osób na tej sali wie o tym; patrzę na ministra Balickiego. To skomplikowane zadanie, ponieważ dotyczy czterech gigantycznych podmiotów. Pierwszy podmiot, najważniejszy, dla którego zawsze każda reforma powinna mieć miejsce, to obywatel danego kraju - obywatel, który z chwilą, gdy zachoruje, chce otrzymać pomoc, chce, żeby ratować jego zdrowie i życie. Druga wielka grupa to struktura medyczna, opieki medycznej. To pracownicy medyczni. Nie tylko lekarze, nie tylko pielęgniarki, ale wszystkie pozostałe zawody w medycynie. To gigantyczna grupa. Ale struktura medyczna nie składa się tylko z ludzi. Składa się też z bazy materialnej, w której pracują. A wiemy, jaka ona jest w Polsce, jak wiele szpitali jest bez remontów od wielu lat, bo nie ma pieniędzy, jak wiele szpitali ma przestarzały sprzęt, który wymaga wymiany, jak ambicje lekarzy są niespełniane, bo nie wprowadza się nowych technologii. (Oklaski) Dać wam przykład? Można zoperować pacjenta, i wadę wrodzoną, i nabytą w postaci bajpasów, bez otwierania klatki piersiowej. Od 10 lat jest to rutynowe postępowanie w Niemczech. Robi się to za pomocą komputera, są trzy wkłucia robione, nie trzeba otwierać klatki piersiowej. W Polsce się tego nie robi. Wiecie dlaczego? Bo nie ma pieniędzy. (Gwar na sali) (Głosy z sali: Bo jest publiczna służba zdrowia.) Wreszcie trzecia i czwarta grupa, a w każdą z nich jest wpisany konflikt, to jest Narodowy Fundusz Zdrowia i dostawcy, wielki przemysł farmaceutyczny, dostawcy sprzętu medycznego. Te cztery grupy decydują o opiece zdrowotnej w danym kraju. Jak powiedziałem, w istnienie tych czterech grup wpisany jest konflikt pomiędzy nimi. Pierwszy konflikt to konflikt między ludźmi a płatnikiem, Narodowym Funduszem Zdrowia. Jeżeli państwo przejrzycie doniesienia telewizyjne z ostatniego miesiąca, okaże się, ilu to dotyczy osób, jakie są protesty, bo fundusz nie płaci za leki, których nie ma na liście leków refundowanych. Są to zarówno chorzy na nowotwory, jak i na inne choroby. Nie ma na to pieniędzy. Potwierdzeniem tego jest wypowiedź ministra zdrowia, kuriozalna wypowiedź. Wiecie państwo, o czym mówię - o porodach bez znieczulenia. Kuriozalność nie polega na tym, że nie ma pieniędzy. Kuriozalność polega na tym, że minister zdrowia mówi, że to naturalne, ból jest naturalny przy porodzie, nie ma za co płacić. Wyobraźcie sobie, co by się stało, gdyby tak powiedział minister zdrowia w Europie Zachodniej. (Poseł Tadeusz Cymański: Albo z PiS-u.) Wyobraźcie sobie, co by się działo, gdybym to ja powiedział jako minister zdrowia, jaka by była burza medialna. Tak więc chodzi o wielki konflikt pomiędzy obywatelami, pomiędzy chorymi a płatnikiem, bo nie ma pieniędzy na leczenie. Panie pośle Chlebowski - cieszę się, że pan jest na sali - w 2006 r. i 2007 r. przewinęła się fala strajków na tle płacowym. Panie pielęgniarki, a przede wszystkim lekarze żądali podwyżek. Chcę powiedzieć, że słusznie, mimo że byłem ministrem zdrowia w tym czasie. Uderzenie szło oczywiście we mnie, jakkolwiek tak naprawdę stroną konfliktu był płatnik, czyli Narodowy Fundusz Zdrowia. Panie pośle, jeżeli chodzi o to, co pan powiedział wczoraj w audycji, to błagam pana o trochę uczciwości. Przecież jasne jest, że ten konflikt wybuchł nie dlatego, że ministrem zdrowia był Religa, jasne jest, że konflikt wybuchł nie dlatego, że rządził PiS, jego przyczyną było długotrwałe - powtarzam - wręcz wieloletnie niedofinansowanie służby zdrowia (Oklaski), które doprowadziło do takich, a nie innych pensji. Ci ludzie w pewnym momencie - to był niestety moment, w którym byłem ministrem - powiedzieli: dosyć, chcemy zarabiać uczciwie. Tak doszło do tych strajków. Tak więc błagam pana o ociupinę uczciwości. Na przyszłość niech pan nie mówi, że te konflikty to była wina Religi. (Poseł Zbigniew Chlebowski: Tak nie powiedziałem, panie profesorze.) Ale tak z tego wynikało. Proszę państwa, ten konflikt w służbie zdrowia dotyczący pracowników jest słuszny, wynika z nędzy polskiej służby zdrowia. To samo dotyczy pacjentów, którzy nie otrzymują leków, które powinni otrzymywać, bo obok w Niemczech otrzymują. (Poseł Beata Małecka-Libera: To trzeba zmienić.) Trzeba to zmienić. Zaraz powiem, jak usiłowaliśmy to zmienić. Chcę poruszyć jeszcze jedną kwestię, chodzi o prawdę, o której wszyscy wiecie, bo o tym nieraz się mówiło. Finansowanie opieki zdrowotnej w Polsce jest na najniższym stopniu w Europie. Jest to fakt. (Oklaski) Nie mówię nieprawdy. Jeżeli chodzi o PKB, to kiedy odchodziłem z urzędu ministra zdrowia - nie pamiętam dokładnie - było to 4,2% lub 4,4%, w każdym razie chodzi o rząd 4% z kawałkiem, a minimalne nakłady na zdrowie w Europie wynoszą 6% PKB. O czym my mówimy? O czym my mówimy? Jaki dystans dzieli nas od każdego innego kraju! Od Czechów, gdzie jest to 6% PKB, od Słowaków. Wymieniam te kraje, nie wymieniam Anglii i Francji, gdzie wynosi to ponad 8%, czyli dwa razy tyle, ile wynosi w Polsce. Proszę nie zapominać o jeszcze jednej rzeczy, że PKB tam, we Francji, w Niemczech, jest wielokrotnie wyższy niż w Polsce. Tak więc mamy do czynienia - niech to dotrze do waszych umysłów - ze stanem głębokiego niedofinansowania opieki zdrowotnej w Polsce. To jest zasadniczy błąd. (Oklaski) Proszę państwa, 29 czerwca 2007 r. przedstawiłem - mogę to powiedzieć - zarys koszyka świadczeń gwarantowanych. To nie był jeszcze w pełni koszyk. Mówiłem, że przedstawię pełny koszyk w grudniu. Ale z tego już coś wynikało. Wynikało jedno: że procedury wykonywane przez Narodowy Fundusz Zdrowia nie mają pokrycia finansowego. Taki był zasadniczy wynikający z tego wniosek. Sytuacja, w której się znalazłem, była taka, że służby zdrowia naprawić bez pieniędzy się nie da. Nie da rady kupić leków dla ludzi, którzy ich potrzebują, bez pieniędzy. Nie da rady naprawić bazy materialnej, wyremontować szpitali, bez pieniędzy. Nie wymieni się sprzętu, jeżeli się nie ma tych pieniędzy. Wtedy rozpoczęła się w rządzie długa i bardzo trudna dyskusja - posłowie zrozumieją, na czym ta trudność polegała - zwłaszcza z ministrem finansów i premierem. Jednak w końcu po kilku miesiącach dyskusji przyznano mi rację. Bez pieniędzy nie naprawi się służby zdrowia. W związku z tym zaproponowaliśmy ustawę. Połowa składki na Fundusz Pracy miała przejść do Narodowego Funduszu Zdrowia jako działanie doraźne. Odnośnie do drugiej decyzji - i to było nieprawdopodobnie trudne, rozumiecie, na czym ta trudność polegała, zresztą ta pierwsza ustawa została przyjęta przez rząd, przekazana do Sejmu i odrzucona przez Platformę - to jeżeli mamy 4% PKB, z kawałkiem, a chcemy mieć 6% PKB, to w moim przekonaniu - i tłumaczyłem to wtedy - jedyną drogą do zwiększenia finansowania jest wzrost składki. Składka nie może wzrosnąć o 4% w ciągu jednego roku, bo byłby to zbyt duży skok i żaden budżet nie wytrzymałby tego. W związku z tym powstała ustawa, która mówi o corocznym wzroście składki aż do uzyskania 4% PKB. (Głosy z sali: 6%.) Oczywiście, 6% PKB. Dziękuję za podpowiedź. Proszę państwa, co niezwykle ważne, odpisywano to od budżetu. Wiem, że powiecie, to są te same pieniądze. Tylko zapytajcie się człowieka na ulicy, czy on odczuwa tak samo składkę odpisywaną od budżetu państwa, czy wyjętą z jego portfela. On odczuwa to zupełnie inaczej. Dlatego też powstała ustawa mówiąca o wzroście składki do 13%, ale o 1% co roku. Niestety - mówię to z ogromnym żalem - w listopadzie przestałem być ministrem zdrowia. Te wszystkie plany odnośnie do wzrostu nakładów na opiekę zdrowotną wzięli diabli, nic się w tym zakresie nie dzieje. (Poseł Krzysztof Jurgiel: Nie diabli, tylko PO.) Proszę państwa, odniosę się tylko do jednej ustawy, do ustawy o zakładach opieki zdrowotnej, zasadniczej ustawy, która rzeczywiście zmienia dotychczasowy stan rzeczy. Pozostałe ustawy w moim przekonaniu są właściwie bez znaczenia, bo one coś tam regulują, ale nie mają dla systemu żadnego istotnego znaczenia. Zaproponowano nam ustawę o zakładach opieki zdrowotnej zmieniającą całkowicie system, który istnieje. Pracowaliśmy również nad przekształceniem w spółki prawa handlowego w ministerstwie, tylko namysł, rozsądek nakazał nam widzieć to inaczej, podążyć w nieco innym kierunku, raczej w kierunku spółek użyteczności publicznej. Zafundowano nam ustawę, która zmienia w sposób radykalny pewne sprawy. Po pierwsze, państwo przestaje być odpowiedzialne za zdrowie obywateli. (Oklaski) Jeżeli bowiem oddaje się szpitalnictwo na zasadzie, że wolny rynek rozwiąże problemy, to znaczy, że państwo wycofuje się z odpowiedzialności za zdrowie obywateli. (Oklaski) Padło z ust posłów przemawiających przede mną, że zakłady opieki zdrowotnej są w znacznej części sprywatyzowane - w 90%. Proszę państwa, tak jest w całej Europie. Tak jest w całej Europie. Ale dlaczego nie prywatyzuje się szpitali? Dlatego, że to są dwie oddzielne, różne sfery, które są nieporównywalne. (Oklaski) (Poseł Elżbieta Łukacijewska: To nie jest prawda.) Pani poseł, pani miała czas, by mówić. (Poruszenie na sali) (Poseł Elżbieta Łukacijewska: Ale nikt nie chce prywatyzować szpitali.) (Głos z sali: Nie przerywać.) (Głos z sali: Nie przeszkadzać.) Jeżeli ktoś nie rozumie tego, że szpitalnictwo jest czymś innym, ma inne zadania, inne cele, wszystko ma inne, i porównuje to z podstawową opieką zdrowotną, to znaczy, że po prostu na tym się nie zna. (Oklaski) Ta ustawa miałaby sens - miałaby - gdyby najpierw zastosować ustawę o sieci szpitali, powiedzieć, co jest dla państwa bezwzględnie konieczne do zabezpieczenia interesów zdrowotnych obywateli... (Oklaski) (Głos z sali: Brawo!) ...powiedzieć, co jest potrzebne dla państwa i dla regionu. Jeżeli byłaby na to odpowiedź, to zagłosowałbym za waszą ustawą, ale nie ma tej odpowiedzi i nie będzie, bo wasza ustawa tej odpowiedzi nie daje. Wasza ustawa jest po prostu niebezpieczna. (Oklaski) (Głos z sali: Brawo!) Komercjalizacja. Nie lubicie słowa: prywatyzacja. I nie ma w tej ustawie rozwiązań dotyczących prywatyzacji. Nie ma mowy o prywatyzacji, poza jednym: że stworzyliście wszystkie warunki, by sprywatyzować zakłady opieki zdrowotnej. (Oklaski) Ale komercjalizacja oznacza to, że zakład opieki zdrowotnej traci swoją dotychczasową misję, że jako spółka prawa handlowego musi pracować dla zysku. I to jest niebezpieczne. Jest to niebezpieczne. Panie pośle - tym razem bez pretensji do pana - wczoraj prowadzący spotkanie, w którym pan brał udział, pokazywał szpital, który został skomercjalizowany, przekształcony w spółkę prawa handlowego. Wygląda on ślicznie, tyle że nie ma w nim oddziałów, które mogą przynieść... (Głosy z sali: Straty, straty.) ...straty. (Oklaski) Nie ma OIOM, nie ma innych oddziałów, które mogą przynieść straty. Nie ma oddziału ratunkowego. Został zlikwidowany... (Głos z sali: Bo się nie opłaca.) ...bo się nie opłaca. A więc chory, który najbardziej potrzebuje opieki w tym szpitalu, nie otrzyma jej, będzie wysłany do szpitala publicznego znajdującego się 50 km dalej. Proszę państwa, jest jeszcze jedna sprawa. Przepraszam, że o tym powiem, ale zwracam się do posłów, nie do pani minister, bo to jest projekt poselski. Czasami dobrze jest mieć trochę wiedzy. W układzie, kiedy proponuje się komercjalizację, trzeba wiedzieć, że jest to dla pacjenta najgorsze rozwiązanie. Zaraz wytłumaczę, dlaczego. To nie są moje stwierdzenia. Opieram się na licznych danych z literatury, przede wszystkim literatury amerykańskiej. Dane te mówią wyraźnie, że tego typu ustawienie sprawy powoduje złą konkurencję, niewłaściwą, niedobrą. Może powodować sytuacje - i powoduje - w których jest albo under treatment, w zależności od tego, jaki jest kontrakt z Narodowym Funduszem Zdrowia - under treatment, czyli niedolecznie pacjenta specjalnie, bo się nie opłaca dalej leczyć - albo over treatment, nadmierne leczenie, bo się opłaca to robić. (Oklaski) (Głos z sali: Brawo!) Proszę państwa, żeby nie być gołosłownym - tych opracowań jest mnóstwo - podam państwu tytuł książki, w której można o tym przeczytać. Jest to książka pt. ˝Redefining Health Care˝ Portera i Teisberg. Radzę ją przeczytać. Zobaczycie, co szykujecie polskim pacjentom. (Oklaski) Jak długo już mówię? (Przewodnictwo w obradach obejmuje wicemarszałek Sejmu Jerzy Szmajdziński) skomentuj (0) Takie tam znalezione w KP 2009-03-10 22:32:44 - Teza mojego wykładu jest taka, że nie warto, a nawet niebezpiecznie jest wychowywać dzieci w ślepym posłuszeństwie. Masowa edukacja miała za zadanie przygotować pracowników do wielkoprzemysłowych zakładów pracy, w związku z czym uczyła punktualności, posłuszeństwa i wykonywania powtarzalnych czynności. Dziś żyjemy w XXI wieku. Punktualność nieważna, bo to jest mało istotna cecha, powtarzalnych czynności już w ogóle nie ma, a posłuszeństwo okazało się nie cnotą, ale wręcz niebezpieczeństwem. Marzyłabym o tym, żeby wychowywać dzieci do odpowiedzialności i w poczuciu maksymalnej wolności. Calosc: tutaj w KP. Generalnie czytam ostatnio sporo w KP i innych lewackich miejscach ;-) skomentuj (1) Niech zyje wolnosc i swoboda 2009-03-03 17:48:20 Oto email, ktory dzisiaj zostal rozeslany do pracownikow jednej z agencji reklamowych:
From: xxxxxx
Moi Drodzy,
W dniach xxxx będziemy gościli w naszej Agencji przedstawicieli firmy Coca -Cola. Zważywszy na to jak trudno dziś o tak dobrego klienta chcemy zadbać o każdy szczegół mogący wpłynąć na nasz wizerunek.
Bardzo prosimy Was o zadbanie i porządek przy swoich stanowiskach pracy - niewykluczone,że goście będą chcieli przejść się po budynku Agencji- oraz o wyeliminowanie w tych dniach produktów Pepsi,KFC,Pizza Hut, ze swojego menu. Zostawcie w domu wszystkie elementy garderoby z logiem największego konkurenta Coca- Coli i przełóżcie na inny dzień dostawy Pepsi jeśli takie planujecie. skomentuj (2) Neoliberalizm a moje codziennie ubłocone buty 2009-03-03 17:34:40 Wróciłem do starych, dobrych czasów, kiedy byłem przedszkolakiem. Zostawiam w pracy obuwie zmienne. Codziennie rano, wzorem innych kolegów i koleżanek, dyskretnie pod biurkiem zmieniam buty (może i neoliberalne szatnie się kiedyś pojawią?). Dlaczego? Dłuższy wywód: Mokotów Business Park, gdzie aktualnie pracuję, to książkowy przykład siły niczym nieograniczonego kapitału i jednocześnie słabości państwa. Nowe biurowce wybudowane tamże są całkiem ok. Co z tego jednak, skoro trzeba do nich jakoś dojechać, na przykład samochodem, a potem zaparkować i dojść do swojego biurka? Krzywe chodniki, brak parkingów i błoto: to są codzienne miejsca zmagań kilku tysięcy ludzi, którzy pracują przy Domaniewskiej. Moim skromnym zdaniem, biorąc poprawkę na strefę klimatyczną, cała okolica Galerii Mokotów przypomina okolice centrów handlowych w Sao Paolo czy Bangkoku. Czyli: to, co zrobił prywatny inwestor, jakoś się trzyma. Nie został on jednak zmuszony - w momencie chociażby zakupu działek - do zainwestowania w pozostałe elementy dookoła. Nie wspominając o tym, że na Zachodzie duże skupiska biurowców nie są budowane w centrum miasta. Raczej: poza miastem, przy lotnisku, z dogodnym, szybkim, wielopasmowym dojazdem. Ale to akurat inna sprawa - czy wiecie, że Warszawa jest najrzadziej zaludnionym (ilość mieszkańców/kilometr kwadratowy) miastem pośród stolic europejskich? Może dlatego wszędzie jest tak piekielnie daleko. I może dlatego rozróżnienie: centrum miasta - poza miastem ma w Warszawie o wiele mniejsze znaczenie... --- Słabość lub nieobecność państwa - to dla mnie znak firmowy neoliberalizmu. Kolumbia, Tajlandia, Polska. Nie ma znaczenia. Wszyscy robią raczej więcej niż mniej w gospodarce, tymczasem w Polsce - spokój panuje w Warszawie. Luz i cisza. Polecam felieton Macieja Nowaka w lutowym Aktiviscie. (jak zwykle przepraszam za chaos kompozycyjny, ale - i tutaj dopisek a la twitter - ide grac w kosza) skomentuj (0) Sorry Jarek, założyłeś konto w banku, a ja nie wiedziałem 2009-03-02 18:19:11 No właśnie, Jarosław Kaczyński ma konto w banku i podobno obsługuje je przez internet! (pewnie podpowiada mu mama, a kot siedzi na kolanach, ale to akurat pozytywne by było :-) Poważnie, na drugiej stronie w Wyborczej takie info. Pojawiła się reklamówka skierowana do młodych (czy ja jestem jeszcze młody?). Oto ona, nie wiem jak wy, ale ja ciągle pamiętam szalonego Jarka i nie łykam Jarka w garniturze i po wyjściu od fryzjera. Chwilowo reklamówka na mnie nie działa. Co nie oznacza, że jestem neolib. Sorry Jarek za konto. Podpowiadam: użyj w spotach drugiej Irlandii, to będzie groovy i jazzy i luz. Skuteczne. Pierwsza Irlandia się wali... skomentuj (0) Zbudujemy drugą Irlandię (sic! psik! ach! och! katar mam więc znow sic!) 2009-03-02 00:32:53 Jesień 2007. Przyznam się od razu: zmęczony Jarosławem (tym bez konta, co teraz wymądrza sie na temat kryzysu bankowego) i ziomkami z PiSu, zagłosowałem - z przekonaniem - na PO. Wtedy (i dziś pewnie też) był to jedyny rozsądny wybór. PO wygrała wybory pod hasłem drugiej Irlandii, Tusk rozjechał Kaczyńskiego w debacie. Panował optymizm i wiara, że już będzie dobrze. Braliśmy kredyty mieszkaniowe i nie tylko, w centrach handlowych świszczały karty kredytowe przeciągane przez czytniki. Ba! niektórzy kupowali drugie lub większe mieszkania, bo przecież - wszyscy tak mówili - taniej już nie będzie. Nikt nie patrzył na relacje średniej pensji do ceny metra kwadratowego, może dlatego, że brakowało pracowników i można było walczyć o podwyżkę. No problema, wskaźnik się poprawi, spoko loko. Trzydzieści lat za mało? Proszę bardzo, weź kredyt na lat pięćdziesiąt... z ostatnią ratą płatną już po lądowaniu człowieka na Marsie... Minął rok z haczykiem. Marzec 2009. Nie będę zadawał pytań retorycznych, jakie macie nastroje. Wystarczy spojrzeć na wyniki badań opinii publicznej lub - jeszcze lepiej - pogadać ze znajomymi. Gdzie jesteś optymiźmie, dokąd uleciałeś? Szukam cię na południu - nie, nie ma cię nad Balatonem. Patrzę na zachód - i nic, nie widzę cię w strefie euro. Na wschodzie - lepiej nie pytać: otwieram dowolną gazetę, a tam klimat jak w księdze Hioba. Wysuwam peryskop nad powierzchnię Morza Bałtyckiego na północy - szwedzkich SAABów nikt nie chce kupić, buuuu.... kryzys panie, kryzys. Bezrobocie w Szwecji wzrosło do 7%. A co słychać w Irlandii, która miała być naszym wzorem i nauczycielem? Porzucam w tym miejscu ironię i polecam wszystkim lekturę tekstu Sekcja zwłok celtyckiego tygrysa, autorstwa irlandzkiego wykładowcy Harry'ego Browne'a. Opowiada co, jak i dlaczego wydarzyło się w ostatnim czasie w Irlandii. Dlaczego ten tekst jest ważny? Ano dlatego, że Polska jako jedyny kraj w Europie wciąż mocno wierzy i realizuje neoliberalne lekarstwa na kryzys gospodarczy. Jak ironicznie musi to brzmieć (ale czy brzmi?) w kraju, w którym przemiany zostały zapoczątkowane przez odwołujący się do chrześcijaństwa masowy ruch społeczny Solidarność. Cóż za salto mortale, zwrot przez sztag! od troski o innego/słabszego aż do kompletnego zanegowania socjalizujących bzdur... wolny rynek wie lepiej, państwo won! Kto wie, może w tym sensie Donald Tusk miał rację: budujemy drugą Irlandię. Zapomniał jednak dodać, że budowanie w tym kontekście jest co najmniej eufemizmem, o ile nie nadużyciem. Budujemy poprzez doprowadzenie do kompletnej ruiny i krachu... (przesadzam? być może, ale przynajmniej piszę to co czuję... bezpośrednim impulsem dla mnie był krótki wywiad z idolem mojej młodości, Leszkiem Balcerowiczem. Na pytanie o dramatyczny spadek wartości złotego i możliwą spekulację, guru liberalizmu odpowiedział: To, co pani nazywa spekulacjami, niektórzy nazywają kształtowaniem się kursu na rynku walutowym. Tam działają nie tylko ci, którzy chcą się zaopatrzyć w dewizy po to, żeby importować, ale także i tacy, którzy starają się zarobić na różnicy kursów. Ich się nazywa spekulantami, ale nie w socjalistycznym sensie, jako szkodników gospodarczych, tylko w sensie kapitalistycznym, jako normalnych uczestników życia gospodarczego. (Of kors... kiedy Soros spekulowal na zniżkę kursu funta brytyjskiego w latach osiemdziesiatych i zarobił mnóstwo kasy, byl li tylko normalnym uczestnikiem...) skomentuj (1) Depeche Mode: jakis taki kryzysowy ten teledysk ;-) 2009-03-01 23:30:57 A moze dokladniej: WRONG czyli urodzilem sie w zlych czasach... ... obys zyl w ciekawych czasach... skomentuj (0) Czy glownym zadaniem flight attendants jest bycie milym? 2009-02-12 21:41:28 Rozpetala sie burza wokol Jana Marii Nelly i w ogole. Pracowalem kiedys w SkyEurope (nie jako pracownik pokladowy, ale sila rzeczy wiele razy rozmawialem z kolegami: pilotami i obsluga; slyszalem i widzialem wiele historii z madrzejszymi od zalogi pasazerami). Pewnego razu dzwoni do mnie kumpela i prosi, zebym zalatwil jej bilet dla 2 osob z Londynu do Wawy i to na juz. Okazalo sie, ze jej owczesny chlopak (a niedoszly maz) zapyskowal do zalogi na pokladzie; wezwano policje, a ona wyszla z samolotu wraz z nim. Od tamtej pory, tak sie sklada, bardzo czesto mam do czynienia z liniami lotniczymi jako klient, glownie z Lufthansa, ktora cenie za wiele rzeczy. Glownie za niezawodnosc i punktualnosc; kiedy podrozuje samolotem - nie oczekuje fajerwerkow. Cokolwiek sie nie zdarzylo na pokladzie feralnego dla Marii Rokity lotu - niedoszly premier z KRK zapomnial, ze nie jest jedynym pasazerem na pokladzie. Ba! on mial innych pasazerow i ich pragnienie powrotu na czas w nosie, wazniejsze byly kapelusze i plaszcze. I wlasnie dlatego kompletnie nie rozumiem glosow poparcia dla niego i malzonki. Najwazniejsze jest bezpieczenstwo samolotu, pasazerow i zalogi, a nie jakies wydumane potrzeby dwojki niesfornych politykow. Jesli pasazer sprawia klopoty jeszcze na ziemi, to nie wiadomo, co strzeli mu do glowy w powietrzu... a juz w gorze, zgodnie z przepisami, pilot ma obowiazek sprowadzic samolot na dol jesli tylko cos niepokojacego dzieje sie na pokladzie. Obsluga jest od tego, zeby samolot byl przygotowany do startu i wystartowal na czas; zeby pasazerowie zajeli swoje miejsca sprawnie i o czasie, zapieli pasy, zwineli stoliki i podniesli siedzenia na czas startu i ladowania; dopiero potem - catering, bycie milym i uprzejmym. Po co ta dyskusja, wystarczy zajrzec do odpowiednich regulacji prawnych. Nie widze w tej sprawie zadnego - jak chcialby Jaroslaw probujacy sie nieskutecznie przemalowac Kaczynski - podtekstu. Co najwyzej, zarowno Jerry, Nelly jak i Maria maja ogromne kompleksy. Powinni jeszcze dostac mandat za opoznienie wylotu i ladowania oraz niepotrzebne koszty (policja etc.). Swoja droga - jedyne, jakie mozna miec w stosunku do Lufthansy i lotniska Monachium, to kompleksy niezbudowania podobnych przedsiebiorstw w Polsce. Uwielbiam MUC. Zawsze kojarzy mi sie z Music for Airports, powtarzam sie. skomentuj (1) Migawka z Meksyku: Palenque czyli Chiapas 2009-02-09 20:35:44 Tylko kilka slow o subcomandante Marcos. Jak rozumiem, przedrostek sub pojawil sie dlatego, ze commandante byl tylko jeden - Che. Bylem zbyt krotko w Meksyku, by cokolwiek zrozumiec, zanalizowac, zobaczyc, sfotografowac. Ale zagadnalem sprzedawce pamiatek kolo piramid w Palenque. Sprzedawal pocztowki z Marcosem: zamaskowany czlowiek na skraju drogi podklada ladunki wybuchowe. Zapytalem, co oznaczala rewolta Marcosa dla niego? Zaskoczyl mnie mowiac, ze dzieki Marcosowi wzrosly pensje za te sama prace i to nawet pieciokrotnie. Nie potrafie ocenic, czy jest zwiazek logiczny miedzy tymi dwoma faktami: rewolta i pensjami. Ale sam fakt, ze skromny pan, siedzacy zapewne codzienie w tym samym miejscu, cos takiego mowi - jest niesamowite. Legenda Marcosa za zycia (bo on mieszka w San Cristobal de las Casas w sercu prowincji Chiapas). O Marcosie i utracie wladzy przez PRI w Meksyku - bardzo dobrze napisal Artur Domoslawski w Goraczce latynoamerykanskiej. Polecam. skomentuj (0) Kryzys czyli co? 2009-01-27 00:06:51 Taka luzna mysl, nie wiem czy moja, czy czyjas, czy po prostu kolaż. Cała gospodarka świata Zachodu kręci się głównie dzięki wszechogarniającemu strachowi... Boimy się utraty bezpieczeństwa, więc pracujemy i zarabiamy. Boimy się zapytać samych siebie, kim (czym) jesteśmy, więc kupujemy sobie kolejne gadżety... Budujemy domek z kart na piasku, żyjemy w iluzji stałości, pod kloszem, w przelocie. Kryzys... Intuicja podpowiada mi, że walą się fundamenty systemu. Nie potrafię tego uzasadnić, tak czuję. Myślę, że to nie koniec, że to potrwa, że musi się wypalić... Na to potrzeba czasu, 2009 nie wystarczy, to potrwa dluzej... 80% ludzi na świecie, w Kolumbii Tajlandii Kambodży Kenii Tanzanii Indiach Peru Boliwii etc., żyje w permanentnym kryzysie... Bez dostępu do bieżącej wody, do światła, do edukacji, do jakiejkolwiek pracy... --- Strach. Bezpieczenstwo. Ostroznosc. Brak wiary w siebie. Mantra. skomentuj (5) Markiz de Custine LISTY Z ROSJI 2009-01-24 15:55:54 Polecam ksiazke Markiza, ktora swietnie sie czyta, aby cos wiecej zrozumiec na temat Rosji. Mimo ze napisana w polowie XIX wieku, chyba dosc dobrze tlumaczy to, co sie dzieje w tym kraju teraz. Ciaglosc i niezmiennosc - od czasow Piotra Wielkiego przez bolszewikow az do terazniejszych wyczynow Putina - jest zdumiewajaca... Kto wie, ta ksiazka moze byc jeszcze bardziej wstrzasajacym dokumentem niz Imperium. Tymczasem w GW tekst o Rosji. Jeszcze nie czytalem, ale pewnie Markiz nie przewraca sie w grobie, raczej przyklaskuje delikatnie... skomentuj (2) Doskonaly i inspirujacy: Steve Jobs z Apple 2009-01-22 22:38:49 Don't waste your time living someone else's life Don't let the voice of others' opinions drown your inner voice Have the courage to follow your heart and intuition, they somehow already know what you trully want to become Remember you all be dead one day in the face of death all external expectations: pride, fear and embarassment fade away leaving only what is really important, you're all naked Your work is gonna fill large part of your life - the only way to be truly satisfied is to do what you believe is great work and the only way is to love what you do at work Sometimes life is gonna hit you with a brick - don't lose faith. You've got to find what you love. Keep looking, don't settle. Stay hungry, stay foolish. Believing that the dots will connect down the road will give you the confidence to follow your heart. You have to trust that the dots will somehow connect in your future, you have to trust in something. Stay hungry, stay foolish. skomentuj (1) 100 dead per day: Tuol Sleng prison, Phnom Penh 2009-01-21 18:51:57 Created by Khmer Rouge, formerly a school, transformed by them into a prison. 100 people killed per day. Young, old, women, men. Only 2 people who were there during 5 years - survived. A very sad place...
skomentuj (1) CamboThailand czesc trzecia i poki co ostatnia (chyba ze jeszcze jakies zdjecia wroca do lask) 2009-01-21 18:49:46
skomentuj (1) Tajlandia i Kambodza, czesc 2 (i nie ostatnia) 2009-01-20 18:35:55
skomentuj (1) Cambodia, Thailand 12.2008 (czesc pierwsza) 2009-01-20 01:43:38
skomentuj (3) Polaroid i chinatown, Bangkok 12.2008 2009-01-16 00:02:55 Siedze sobie u barta, skanuje sredni format wreszcie, a tu wpada Fil i daje mi w lapy polaroida 600. Trzeba znalezc kasetki i zaczac robic foty, ejt? No wlasnie, system jest taki, ze w kasetce jest bateria, ot sobie polaroid wymyslil, pewnie dlatego zbankrutowali i tylko manjacy jeszcze sie tym interesuja.
skomentuj (3) Janusz Głowacki "Z głowy" 2009-01-11 22:29:33 Wlasnie przeczytalem, kilka lat temu raz pierwszy, teraz drugi. Polecam. Nie znam czlowieka osobiscie, ale sądząc po książce: 1. trzeźwe spojrzenie mimo częstej pewnie nietrzeźwości 2. zdrowe podejście do Polandy, nie owija w bawełnę że emigracja to było jedno wielkie cudo 3. świetnie pokazane "znaczenie" Polski, a jednocześnie nasze zapatrzenie w siebie (vide: wg sondaży, ludzie mieszkający w Warszawie są dumni i szczęśliwi - a ja zapytam, z czego do cholery?) 4. i w ogóle, świetny dowcip, dobre historie, a gdzieś tam w tle po prostu równy gość. Dystans i zdrowy rozsądek. Kropeczka. skomentuj (0) Warszawa miastem trzeciego swiata (niestety) 2009-01-11 20:58:44 Nie chce mi sie rozwijac, ale korek wokol Palacu im. Jozefa Stalina (PKiN) w niedzielne (dzisiaj) popoludnie/wieczor, to jakas masakra. Ile to moglo byc ludzi, ile tysiecy na imprezie Owsiaka? Dlaczego wszystko przestalo dzialac? W Barcelonie, dla porownania, 100 000 kibicow w ciagu kilku minut opuszcza stadion Camp Nou po meczu i po nastepnych kilku minutach znikaja / rozplywaja sie: w metrze, w autobusach, w swoich samochodach. Nie ma korkow, nie ma nerwow, nie ma czekania. 2009 czyli 20 lat po tak zwanych przemianach. Bilans? Gospodarczo i konsumpcyjnie - ludzie osiagneli sukces. Ale panstwo czy ogolnie: sektor rządowy - to kompletna klapa. Infrastruktura, drogi, komunikacja, organizacja - trzeci swiat. Naprawde nie widze roznicy miedzy chaotycznymi tlumami czekajacymi na autobus w Warszawie i przy Siam Square w Bangkoku... Co gorsza, warszawskie Ikarusy nie roznia sie niczym od tamtejszych busów. PS. Zdjecia wywolalem, sredni format powalil mnie jakoscia, w tym tygodniu zeskanuje i cos wrzuce, pare zdjec ktore sie udaly. skomentuj (0) Nju jeeerrrr i takie tam 2009-01-03 19:37:01 Czytam Kapuscinski: nie ogarniam swiata W.Beresia i K.Burnetko. Zaczalem od ostatniej czesci - kalendarium. Bylem mocno zaskoczony, ze Kapuscinski tak naprawde to stal sie slawny dopiero pod koniec lat 70-tych XXw., po napisaniu Cesarza. Byl juz wtedy sporo po piecdziesiatce... Ale co bylo wczesniej? Co sprawialo, ze mial taki pęd do pisania? Byc moze to naiwne stwierdzenie, ale uderzylo mnie jego jakies wewnetrzne przekonanie i po prostu robienie tego, co uwaza za wlasciwe - pisanie. Odwaga, wybor, decyzja, po prostu. (jakos tak mysle sobie o tym, w poniedzialek nastepna korporacja, czy leasing moze byc fascynujacy? lepiej nie zadawac tego pytania...) skomentuj (2) |
2010 |